PDSK#013 Ucz się na moich błędach – korekta próbki tekstu (podcast)

37:27
 
Udostępnij
 

Manage episode 284750788 series 2761896
Stworzone przez Ewa Popielarz, odkryte przez Player FM i naszą społeczność - prawa autorskie są własnością wydawcy, a nie Player FM, a dzwięk jest przesyłany bezpośrednio z ich serwerów. Naciśnij przycisk Subskrybuj, aby śledzić aktualizacje Player FM, lub wklej adres URL kanału do innych aplikacji podcastowych.

To będzie odcinek wstydu i zażenowania. Zażenowanie już za mną – czułam je, kiedy przeglądałam swoje próbki korekt sprzed ponad 10 lat. A wstyd to się dopiero zacznie – jak się dowiecie, co tam ponawyczyniałam. Jedna z kursantek mojej Akademii korekty tekstu udostępniła niedawno na Instagramie słowa Roberta Kiyosakiego: „Nie marnuj błędów. Ucz się na nich”. Postanowiłam więc nie zmarnować tych moich błędów. Ja już wyciągnęłam z nich wnioski i dziś mogę mówić, że utrzymuję się z tego, co lubię – z poprawiania tekstów, choć początki niekoniecznie wskazywały na to, że tak się moje losy potoczą.

Teraz Wasza kolej: uczcie się na moich błędach, a droga do zawodu korektora stanie się dla Was mniej wyboista. A nawet jeśli nie zmierzacie w tym kierunku – dobre praktyki językowe zawsze warto poznać.

Zapraszam Was na kolejny odcinek podcastu Po drugiej stronie książki. Posłuchajcie, jakie lekcje wyciągnęłam z błędów popełnionych ponad 10 lat temu przy korekcie próbek tekstów z różnych wydawnictw.

Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne

Montaż: Kamil Dudziński

Transkrypcja: Dorota Siwek

Plan odcinka

  1. Czym jest próbka tekstu do korekty
  2. Współpraca z wydawnictwem – początki
  3. Zapomnij, że jesteś z Podkarpacia
  4. Sprawdzaj nazwy własne – w ogóle wszystko sprawdzaj
  5. Wężykiem, wężykiem
  6. Szczęśliwe zakończenie

Źródła przywołane w odcinku

Odcinek 13. Ucz się na moich błędach – korekta próbki tekstu

Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Nazywam się Ewa Popielarz i od 2006 roku jako redaktor i korektor zmieniam teksty na lepsze. Stworzyłam Akademię korekty tekstu – kurs online przygotowujący od A do Z do zawodu korektora. Prowadzę webinary, organizuję wyzwania i quizy i zrzeszam miłośników poprawności językowej wokół moich kanałów na Facebooku i Instagramie.

Więcej o moich inicjatywach przeczytasz na stronach ewapopielarz.pl i kurskorektytekstu.pl. A teraz zapraszam Cię do wysłuchania kolejnego odcinka podcastu Po drugiej stronie książki. Baw się dobrze!

Czym jest próbka tekstu do korekty

W zasadzie to należy się Wam jeszcze słowo wyjaśnienia – czym w ogóle jest taka próbka? Mówiąc najprościej, to jest pierwszy, a często też ostatni test dla korektora. Taki test, który przed korektorem składa wydawnictwo bądź prywatny autor. Wydawnictwa oczywiście zapoznają się też z portfolio korektora, z jego CV, z profilem na LinkedInie, jeżeli takowy istnieje, ze stroną internetową, jeżeli korektor taką ma. Najwięcej o umiejętnościach korektora mówi jednak zadanie praktyczne, a takim zadaniem praktycznym jest właśnie próbka.

Osoba, która aspiruje do współpracy z wydawnictwem, dostaje fragment tekstu. Zwykle to są dwie strony, chociaż zdarzają się też dużo dłuższe próbki, ale już te dwie strony potrafią wiele powiedzieć o umiejętnościach korektora. Ta osoba musi przygotować korektę. Taką samą praktykę coraz częściej stosują też osoby prywatne, które zatrudniają korektorów: czy to self-publisherzy, czy blogerzy. Prawdę mówiąc, jest to świetna sprawa nie tylko dla wydawnictwa czy autora, ale też dla korektora. Wydawca widzi, jak korektor sobie radzi, może sprawdzić tekst, który otrzymał po poprawkach, i zdecydować, czy rzeczywiście chce z tą osobą podjąć współpracę. A korektor jest w stanie dowiedzieć się na tej podstawie, jakiego zakresu poprawek wymaga od niego wydawnictwo czy autor. Jeżeli autor zgodzi się na wszystkie propozycje korektora, to sprawa jest jasna. Wiadomo, że dogadali się na tym gruncie i najprawdopodobniej współpraca będzie się dobrze układała. A jeżeli autor czy wydawnictwo uznają, że próbka jest okej, mogą podjąć współpracę, ale odmówią wprowadzenia jakichś zmian, to dla korektora też jest jasny sygnał, w którym kierunku ma iść i na jakie poprawki może sobie pozwolić. Później o wiele łatwiej się dzięki temu pracuje, o ile oczywiście jest gdzie pracować, bo nie zawsze po takiej próbce korektor dostaje zlecenie.

Współpraca z wydawnictwem – początki

Właśnie taka smutna sytuacja była moim udziałem kilkanaście lat temu. Zaczynałam przygodę w zawodzie korektora od współpracy z wydawnictwem naukowym. Moja próbka dla tego wydawnictwa – bo też taką przygotowałam – nie powaliła redaktora prowadzącego na kolana, ale uznano w wydawnictwie, że jest dostatecznie dobrze, żeby mogli mi powierzyć teksty do korekty. Z zaznaczeniem, że przy okazji będę się uczyć. Byłam wtedy w połowie czy pod koniec studiów edytorskich, ale jako młody człowiek niewiele jeszcze o korekcie praktycznej wiedziałam. Dla mnie to była idealna sytuacja, bo chciałam się uczyć, dawali mi szansę, do tego płacili (niewiele, bo niewiele, ale zawsze coś) – więc świetna sytuacja. Spędziłam tam długie miesiące, a właściwie lata, bo rozstaliśmy się stosunkowo niedawno.

Po jakimś czasie pracy w tym wydawnictwie naukowym uznałam jednak, że te teksty to nie jest coś, co chciałabym poprawiać przez całe życie. Zamarzyła mi się praca w beletrystyce. Jak każdy korektor mnóstwo czytałam, wertowałam strony redakcyjne, przyglądałam się nazwiskom, które się tam pojawiały, i też chciałam się tam znaleźć. To były jeszcze czasy przed Facebookiem, przed blogami i przed ekspansją mediów społecznościowych – i rzeczywiście dla korektorów praca była głównie w wydawnictwach, więc przejście do świata beletrystyki to było naprawdę marzenie.

Spięłam się więc, uaktualniłam CV, zebrałam wszystkie tytuły, które do tej pory redagowałam, i ułożyłam je przepięknie w tabelkę w Wordzie. Trochę tego było. Co prawda to były wszystko tytuły naukowe, ale rzeczywiście zebrała się ich całkiem spora liczba. Jak się zaraz przekonacie, to zaprocentowało. Wysłałam wtedy kilkadziesiąt maili – było ich około 80. Już nie pamiętam teraz dokładnie. Liczyłam to kiedyś na potrzeby Akademii korekty tekstu, bo pisałam o tej historii w czwartym, organizacyjnym module Akademii. Wysłałam je do różnych wydawnictw – tylko do wydawnictw. O dziwo, otrzymałam całkiem dużo odpowiedzi. Nie wiem, co zaważyło. Raczej nie mój mail, który napisałam, bo teraz, jak go czytam, to wydaje mi się taki pretensjonalny. CV też nie było jakieś superimponujące. Po studiach miałam do odnotowania głównie praktyki i pracę w tym jednym wydawnictwie naukowym, ale faktycznie w portfolio tytułów trochę było. Naukowych, bo naukowych, ale jednak. Można było założyć, że coś tam o redagowaniu książek wiem. Mimo to oczywiście wydawnictwa wysłały mi próbkę do wykonania. Taka jest praktyka i faktycznie z wielu wydawnictw dostałam próbki. I tu zaczęły się schody…

Kilka godzin temu, gdy przygotowywałam się do nagrania tego podcastu, otworzyłam jedną z moich próbek, bo cały czas je mam – moje archiwum sięga kilkanaście lat wstecz. Właściwie nie wiem, po co je trzymam, są jak ściana płaczu. Otworzyłam próbkę, którą robiłam dla wydawnictwa Czarne, i miałam ochotę się rozpłakać, bo pamiętam, że wtedy, kiedy próbowałam redagować ten tekst, nie widziałam ani jednego błędu. To były trzy przekłady. Bardzo długa była ta próbka. Przekład z języka szwedzkiego, z niderlandzkiego i z francuskiego – przynajmniej tak było napisane, bo nie miałam dostępu do oryginałów. Zresztą i tak szwedzki by mi wiele nie dał. Francuski znałam wtedy jeszcze całkiem dobrze, więc może byłabym w stanie coś porównać. Coś tam poprawiłam, ale wielkiej nadziei na otrzymanie pracy w wydawnictwie Czarne nie miałam. I rzeczywiście słusznie zabrakło mi tej nadziei, no bo z tym wydawnictwem już więcej kontaktu nie miałam. Chyba mi odpowiedzieli – całkiem miło, ale odpowiedzieli, że nie, niestety, nie podejmiemy z panią współpracy.

Dostałam też próbkę od dość młodego wtedy jeszcze – miało kilka lat zaledwie – wydawnictwa Dwie Siostry. Na tej próbce to mi, szczerze mówiąc, zależało. Naskreślałam tam strasznie. Ten plik też przeglądałam kilka godzin temu. Jest cały czerwony! Ale jak się okazało, i tak zostawiłam mnóstwo kalek językowych, np. takie sformułowanie jak „ciepłe i zimne ubranie”. To były ewidentnie kalki – chodziło o „cienkie i grube ubrania”. Ja tego nie zmieniłam. Nie mam pojęcia, dlaczego tego nie zmieniłam. Różne cuda tam pozostawały, których nie zauważyłam. Niezręczne stylistycznie zdania, kalki. Literówki wyłapałam – z tym dałam radę. Przecinki też jako tako – z tym sobie radziłam. Ale cała reszta – tragedia.

Mimo tego, że ja teraz uważam tę próbkę za tragedię, wydawnictwo chyba uznało, że aż tak strasznie źle nie jest. Odpisali mi, zresztą niesamowicie miło, że mimo tych błędów, które w mailu zostały wypunktowane – za co też byłam ogromnie wdzięczna, bo wiele wydawnictw odpisywało po prostu „Nie, dziękujemy” albo w ogóle się nie odzywało, a tutaj dostałam całkiem solidny, długi feedback, co się bardzo rzadko zdarza. On mi naprawdę dużo dał i wskazał mi dużo błędów, których nie byłam świadoma. Wydawnictwo Dwie Siostry odpisało, że mimo tych błędów, które ewidentnie zostały, widzą w tej korekcie pewien potencjał, no i że będą w kontakcie. To było takie zwykłe „Dziękujemy, skontaktujemy się z panią”. Byli po prostu mili. Nie skontaktowali się. Nie podjęłam z wydawnictwem Dwie Siostry wtedy współpracy, ale ta ich odpowiedź, że jest jakiś potencjał, nieco mnie podniosła na duchu, bo szczerze powiedziawszy – te napływające odpowiedzi odmowne dość mocno zaczęły podcinać mi skrzydła.

Z ciekawostek – jedno z wydawnictw w ramach próbki przesłało mi fragment PDF-a. Miałam go wydrukować, nanieść korektę znakami korektorskimi na dokument i… odesłać pocztą. Szok, co? To było zaledwie 10 lat temu. To jest niesamowite, jak zmieniły się te standardy w świecie korekty i w ogóle w naszym świecie.

Pamiętam jeszcze, że kiedyś – to było już później – redagowałam książkę historyczną, lekko beletryzowaną, w której było bardzo dużo zdjęć. Zamiast przesłać je weTransferem albo w inny sposób, np. przez Dysk Google, autor przesłał mi zdjęcia na płycie. Teraz pewnie nie byłabym w stanie odczytać tej płyty, bo chyba został mi w domu już tylko jeden przedpotopowy laptop, którego dzieci używają do nauki zdalnej, a który ma rzeczywiście możliwość odczytania płyty. W żadnym innym z naszych komputerów domowych nie ma gdzie włożyć takiego dysku. Zobaczcie, jak przez te kilka lat świat się zmienił! Koniec dygresji.

Oszczędzę Wam mojej dalszej drogi przez mękę i przejdę do konkretów, czyli do błędów, które popełniłam. Wybrałam trzy, które może nie są najistotniejsze, ale łatwo wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość, bo podobne problemy pojawiają się w wielu publikacjach. I to właśnie na wnioskach się skoncentrujemy.

Wniosek 1. Zapomnij, że jesteś z Podkarpacia

Całe życie mieszkam na południu Polski – najpierw na Podkarpaciu, teraz w Małopolsce. I dopóki nie zostałam korektorem, nie wiedziałam, jak mój język jest przez to spaczony. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam podkarpackie regionalizmy. Całe życie wychodzę na pole, ubieram kurtkę, a obok łóżka mam nakastlik. Ale niestety jako korektor musiałam zapomnieć o swoich korzeniach.

W pierwszych próbkach przepuszczałam takie sformułowania jak „ubrał płaszcz”. Ciężko zapomnieć o dwudziestu kilku latach życia i nagle przestawić się na inny język. Ale kilka uwag od redaktorów prowadzących sprawiło, że jestem teraz na to bardzo wyczulona. O ile nie poprawiam tekstu, w którym bohater jest z południa Polski i jego mowa jest ewidentnie stylizowana, każde „na pole” i „ubrał kurtkę” zmieniam, a na marginesie piszę do autora komentarz z pozdrowieniami dla krajana.

Choć przyznam szczerze, że ciągle odkrywam mroczne zakamarki mojej podkarpackiej natury językowej. Po jednym z webinarów ktoś zwrócił mi uwagę, że mówię „cięgiem”. Podobno cała Polska mówi „ciągiem” – mnie to przez usta nie chce przejść. Chociaż w słowniku i ciągiem, i cięgiem są określone jako po prostu potoczne. Ale nic to – kolejny punkt do odnotowania i zapamiętania. Niedawno po quizie na żywo, który prowadziłam na Instagramie, jedna z osób oglądających wyłapała, że powiedziałam „do pierwszego skucia”, „skuć się”. Tu słownik mnie broni, bo słowo „skuć” można w nim znaleźć. Jako pospolite co prawda, ale zawsze. Inni mówią: „skusić”, „skucha”. Słownik kwalifikuje to jako potoczne, a nie pospolite, co zresztą uważam za pewną niesprawiedliwość.

Podsumowując – jeśli jesteście z Podkarpacia albo z Małopolski, to wiedzcie, że wejście w świat korekty tekstu może być dla Was nieco trudniejsze. Ale wszystko jest do zrobienia.

Wniosek 2. Sprawdzaj nazwy własne – w ogóle wszystko sprawdzaj

No dobra, teraz ściana wstydu: w jednej z korekt przepuściłam pisownię nazwiska „Montesori” – dokładnie tak zapisanego, jak teraz czytam, bez podwojonego „s”. Coś namieszałam z hat trickiem i jeszcze kilka takich wpadek by się znalazło.

W czym problem? Podejrzewam, że żadnego z tych słów nie wklepałam w Google. A to absolutna konieczność. Widzisz nazwę własną? Wrzucasz ją do wyszukiwarki i sprawdzasz co najmniej, czy nie ma literówek, czy nie powinno być dywizu, akcentu. Co najmniej, bo czasem można wyłapać też inne niuanse.

Na przykład bardzo często przepuszczane jest nazwisko Márqueza bez akcentu, a ono jest akcentowane nad literką „a”. Wydaje nam się, że skoro to jest takie znane nazwisko, to co ja to będę w Google wklepywać, ale trzeba, bo czasem nam ta kreseczka umknie, a jak już zobaczymy wyniki wyszukiwania – to poprawimy. Zresztą to jest teraz tak proste! Nie musimy chodzić po bibliotekach, nie musimy sprawdzać książek, encyklopedii, słowników. Po prostu – wyszukiwarka i po kilku sekundach mamy gotową odpowiedź. Mówię o sprawdzeniu co najmniej literówek, bo czasem można po takim wklepaniu słowa do wyszukiwarki wyłapać też inne niuanse.

Jeśli na przykład autor pisze o miasteczku Osielsko, to teoretycznie szukać tego hasła nie trzeba, bo co tu się może podziać w pisowni? Raczej jest wszystko okej. Ale i tak wrzuć je w Google – wtedy się dowiesz, że Osielsko to nie jest miasto, tylko wieś. I już jeden błąd wyłapany. Sama bym się nie zorientowała, że tak jest, bo to wioska w okolicach Bydgoszczy. Kompletnie nie znam tamtych regionów. Jestem z południa Polski, więc nie miałam świadomości, że to nie jest miasto. Gdybym nie wyrzuciła tego w wyszukiwarkę, nie zorientowałabym się.

Podobnie jest ze słowami, które rzadko widzimy na piśmie. Podejrzewam, że gdybym teraz zrobiła szybką ankietę i poprosiła Was o zaznaczenie, jak się pisze hot dog (ze spacją czy z dywizem) albo ping-pong czy talk-show, albo pop-music czy rock music – odpowiedzi byłyby różne. Dlaczego? Bo rzadko te słowa zapisujemy. A skoro tak, to trzeba zawsze sięgać do słownika, żeby potwierdzić ich pisownię. Choćbyście byli przekonani, że hot dog piszemy z dywizem, a rock music i pop-music na bank zapisuje się tak samo, bo to są prawie dokładnie takie same frazy, to możecie się zdziwić, jak zajrzycie do słownika. Przekonajcie się, jak jest naprawdę.

Wniosek 3. Wężykiem, wężykiem

Teraz jestem ciekawa, ile osób się zorientowało, do czego się odnoszę. Był taki skecz kabaretu Dudek, w którym Jan Kobuszewski uczył Wiesława Gołasa, jak być dobrym hydraulikiem. Najważniejsze rzeczy kazał mu podkreślać i mówił do niego: „Wężykiem, Jasiu, wężykiem”.

W języku korektorów wężyk to kursywa. Mało kto już o tym pamięta, bo tak kursywę zaznaczało się znakami korektorskimi, które powoli odchodzą na zasłużoną emeryturę. Pamiętacie, jak mówiłam o tym, że jeszcze 10 lat temu jedno z wydawnictw poprosiło mnie o odesłanie korekty pocztą? Wtedy właśnie używałam znaków korektorskich i później jeszcze przez kilka lat rzeczywiście pracowałam na tych znakach, ale już od wielu lat tego nie robię. Właśnie kursywy dotyczył trzeci i ostatni błąd, który popełniałam nagminnie. Chodziło o niewyróżnianie italikiem tzw. obcych wtrętów.

Ktoś kiedyś wymyślił, że jak mamy tekst napisany po polsku, to ma być cały po polsku. Jeśli znajdą się w nim obce wyrazy, to trzeba je wyróżnić – kursywą właśnie. I wszystko było proste, dopóki te obce wyrazy były np. w większości z łaciny. Wyraźnie się odznaczały i można było je skursywić. Ale lata mijały i języki zaczęły się ze sobą mieszać. Teraz już są wymieszane na skalę dotąd niespotykaną, bo nawet jeżeli w czasach Zagłoby czy Skrzetuskiego wiele osób używało łaciny, a później języka francuskiego, to były ewidentnie obce słowa. Nikt nie udawał, że to jest nasz język. Wszyscy wiedzieli, że to są obce wtręty – a teraz języki się mieszają. Niestety zasady edytorskie zmieniają się nieco wolniej niż świat, a właściwie to prawie w ogóle się nie zmieniają – przynajmniej nie w normatywnych wydawnictwach, w podręcznikach. Trzeba pamiętać, że one są tworzone na bazie rozwiązań stosowanych w praktyce. Ktoś kiedyś będzie musiał usiąść i to wszystko zaktualizować, bo na razie coraz częściej spotykamy się z sytuacją, że to, co podają nam normy edytorskie, nijak się ma do rzeczywistości. To niuanse na dłuższe dygresję związane z tym, jak aktualne są wydawnictwa poprawnościowe w świecie korektorów.

Ale do rzeczy: przykłady.

Weźmy chociażby takie nota bene. Póki zapisujemy je rozdzielnie, to jest fraza z łaciny i powinna być w tekście pochylona. Ale już notabene pisane łącznie jest w polskim słowniku i zostało uznane za zaadaptowane do naszego języka.

Zaadaptowane to jest słowo klucz. Zaadaptowanym słowom kursywa się nie należy. I właśnie ten stopień adaptacji do języka świadczy o tym, czy wyraz w tekście pochylamy, czy nie. Tylko pytanie kluczowe brzmi: kto decyduje o stopniu adaptacji? A odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Wszystko trzeba brać na wyczucie.

Czy wyróżniać kursywą słowa typu: attaché, incognito, content (pisane przez „c”), public relations, show, de facto, vis-à-vis? Czy one są jeszcze obce, czy już zaadaptowane? Smutna wiadomość jest taka, że nikt nam na to pytanie nie odpowie. Wiele zależy od tego, w jakim tekście te wyrazy się znajdują, a po drugie – co jest związane z pierwszym – do jakiej grupy odbiorców ten tekst jest kierowany, ale też jak autor zapatruje się na tę sprawę. Bo musimy pamiętać, że autor ma też tutaj swoje zdanie, w końcu to jego tekst, prawda?

I tak na przykład słów „content marketing” w e-booku dla marketingowców raczej nie będziemy wyróżniać, bo to ich chleb powszedni. Ale jeśli te słowa znalazłyby się w artykule naukowym opisującym przekrój strategii sprzedażowych na przestrzeni ostatnich dekad – to czemu nie. Może tutaj kursywa byłaby zasadna, tylko w całym artykule trzeba byłoby ją zastosować.

Zasady mówią, by kursywą wyróżniać słowo, które znajduje się w mianowniku – obce słowo oczywiście. Jeżeli to słowo zaczynamy odmieniać, a „content marketing” dałoby się odmienić (oczywiście tylko drugi człon, ale jak najbardziej możemy mówić o content marketingu) – wtedy już kursywa nie przysługuje. Do oryginalnego obcego słowa jest dodana polska końcówka, więc żeby nie mieszać ludziom w głowie i żeby sobie czytelnik nie pomyślał, że w obcym języku to też się tak odmienia, nie powinniśmy tego słowa wyróżnić kursywą. I mamy dylemat – czy niczego nie wyróżniać w związku z tym kursywą ani mianownika, ani żadnych innych jego form, czy mianownik pochylić, a wszystkie inne odmienione formy tego słowa zostawić proste. Czy to nie będzie wyglądało niekonsekwentnie? To są niuanse, które zaprzątają głowę korektorów, i tak naprawdę nikt nie jest w stanie udzielić jasnej, klarownej odpowiedzi na to pytanie. To zawsze droga kompromisu. Życie korektora zdecydowanie nie jest proste.

Szczęśliwe zakończenie

To były trzy błędy i trzy wnioski, jakie z nich wyciągnęłam. Mam nadzieję, że pomogą Wam na Waszej drodze do poprawności językowej i że Wy tych błędów już nie popełnicie.

Nie będę Wam teraz ściemniać i mówić, że po tej serii odmownych odpowiedzi i wytkniętych błędów otrzepałam się tylko i ruszyłam dalej dziarskim krokiem. Nie, załamałam się. Kompletnie podcięło mi to skrzydła i zobaczyłam, jak wiele jeszcze nie potrafię. Wróciłam z podkulonym ogonem do mojego wydawnictwa naukowego i spędziłam w nim jeszcze wiele długich lat. Ale kiedy minął pierwszy szok, zaczęłam się znowu rozglądać. Nie chciałam utknąć w wydawnictwach naukowych na całe życie – z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy poprawiają książki naukowe, bo to jest naprawdę ciężki kawałek chleba i trzeba to lubić.

Ja zaczęłam się rozglądać. Redagowałam, co się tylko dało. Nawet za darmo. Uznałam, że muszę się nauczyć tego nowego dla mnie języka beletrystyki. Czytałam, poprawiałam, jeszcze więcej czytałam i jeszcze więcej poprawiałam.

Aż w końcu po trzech latach od tamtych masowo wysyłanych maili odezwał się do mnie redaktor prowadzący, który wtedy otrzymał ode mnie wiadomość. W międzyczasie zmienił wydawnictwo i szukał nowych ludzi do współpracy. Nie mam pojęcia, jakim cudem i po co ten mail ode mnie przez trzy lata przechowywał i jak go teraz odnalazł. Bardzo dziwnie biegną drogi zawodowe korektorów. Zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. Telefon od niego odebrałam w dniu, kiedy wyszłam ze szpitala z moim trzecim dzieckiem. Jak się pewnie domyślacie, przyjęłam propozycję współpracy i okazało się, że lata nauki zaowocowały. Zaczęłam w tamtym wydawnictwie poprawiać mniej naukowe teksty. Najpierw to były książki popularnonaukowe. Nie rzucili mnie od razu na głęboką wodę, na beletrystykę. Później to były beletryzowane powieści historyczne. Cały czas zbierałam cięgi za puszczone błędy, ale nie zmarnowałam ani jednego z tych błędów, a przynajmniej chciałabym mieć nadzieję, że ich nie zmarnowałam, bo miałam poczucie, że się cały czas uczę i z każdą książką jestem o krok dalej.

Potem pojawiły się kolejne wydawnictwa, bo miałam okazję współpracować z różnymi autorami, więc jeden polecił mnie tutaj, drugi tam i tak przechodziłam z jednego miejsca do drugiego. Później nastała era self-publishingu. A ja, z dużym doświadczeniem, mogłam już zaoferować coś więcej niż tylko świetne poprawienie bibliografii i przypisów (znów – z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy siedzą w wydawnictwach naukowych, bo to kawał ciężkiej pracy).

Dzisiaj nadal popełniam błędy, ale dalej staram się żadnego nie zmarnować. Jeżeli kiedykolwiek usłyszycie z moich ust, że nie popełniam błędów, to możecie mi to wypomnieć. Jestem przekonana, że nie da się dojść w tym zawodzie do takiego etapu, kiedy powie się: nie, ja nie popełniam błędów. Nadal je popełniam, ale staram się ich nie marnować. Mam pewną satysfakcję w tym, że od osoby, która nie wykonała poprawnie ani jednej próbki tekstu, przeszłam drogę do redaktorki, która uczy innych, jak stawiać pierwsze i kolejne kroki w tym zawodzie. A wszystko to dzięki błędom. Bo tak wygląda ten zawód – błędy poprawiamy, ale na błędach też się uczymy. Mam nadzieję, że te moje pozwolą Wam popełnić w życiu kilka błędów mniej. Pamiętajcie, że najważniejsze jest to, żeby ich nie zmarnować.

17 odcinków