21. Słowianie i ofiary z ludzi

38:31
 
Udostępnij
 

Manage episode 289347731 series 2819406
Stworzone przez Michał Kuźniar, odkryte przez Player FM i naszą społeczność - prawa autorskie są własnością wydawcy, a nie Player FM, a dzwięk jest przesyłany bezpośrednio z ich serwerów. Naciśnij przycisk Subskrybuj, aby śledzić aktualizacje Player FM, lub wklej adres URL kanału do innych aplikacji podcastowych.

Słowianie i ofiary z ludzi. Źródła pisane i archeologia

O przedchrześcijańskich wierzeniach i rytuałach wiemy niestety niezmiernie mało o czym wspominałem już niejednokrotnie. Realia codziennego kultu czy skład boskiego panteonu, jeżeli takowy w ogóle istniał pozostają w dużej mierze w sferze domysłów. Osoby zainteresowane wierzeniami Słowian czasami zastanawiają się na ile prawdziwe są relacje o domniemanych ofiarach z ludzi jakie rzekomo składali swoim bogom. Czy faktycznie słowiańscy bogowie łaknęli ludzkiej krwi? Co mówi na ten temat archeologia oraz źródła z epoki? Postaram się to wyjaśnić w tym odcinku.

Słowianie i ofiary z ludzi. Źródła i archeologia

by Michał Kuźniar | Słowiańskie Demony

https://mitologika.pl/wp-content/uploads/2021/04/ofiary-final.mp3

W międzyczasie zapraszam do oceniania podcastu na Apple Podcasts, komentowania na YouTube oraz wspierania mojej inicjatywy na Patronite (link w opisie), a przede wszystkim serdecznie dziękuję wszystkim Patronom. Bardzo doceniam fakt, że chcecie inwestować w rozwój kanału.

Jak już wiemy źródła pisane o wierzeniach prasłowian z wczesnego średniowiecza pochodzą w całości z relacji spisanych przez osoby wyznające inne religie, konkretnie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim lub greckim oraz islam. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że mogą i często są to źródła stronnicze, których autorzy często byli zwyczajnie i po ludzku nieprzychylni tak zwanym poganom. W wielu pozostałych wypadkach mogli nie do końca rozumieć sens opisywanych przez siebie rytuałów bądź korzystać z relacji z drugiej ręki, które mogły być wyolbrzymione bądź przejaskrawione. Wszystkie powyższe sposobności są jak najbardziej możliwe, ale nie może to spowodować, że odrzucimy z marszu źródła z epoki tylko dlatego, że pisali je chrześcijanie. Przypisywana chrześcijańskim skrybom niechęć do pogan była jak najbardziej autentyczna i powszechna, najczęściej objawiała się w dumnym poczuciu wyższości. Jak zauważył profesor Przemysław Urbańczyk w swojej pracy Władza i polityka we wczesnym średniowieczu chrześcijanie w tamtym okresie dzielili wszystkich ludzi wierzących pod kątem religii na trzy grupy. W pierwszej znajdowali się właściwi chrześcijanie, to jest ci wyznający ten sam obrządek co piszący kronikę skryba. W drugiej grupie znajdowali się innowiercy tacy jak żydzi i chrześcijańscy heretycy, odszczepieńcy a z czasem również muzułmanie. Były to grupy często bezlitośnie zwalczane, ale w pewnym sensie rozumiane i traktowane jako błądzący z którymi można było na przykład podjąć debatę religijną. W trzeciej grupie znajdowali się wyznawcy tradycyjnych, najczęściej politeistycznych religii, których uważano za czcicieli zwykłych demonów bez specjalnego rozróżniania czy waloryzowania odmiennych kultów. Był to najniższy poziom, ludzie z którymi nie było sensu podejmować dyskusji, można było jedynie starać się pokazać im prawdziwą drogę. W tym aroganckim poczuciu wyższości okazywanym przez chrześcijan wobec religii tradycyjnych jest jednak pewna nadzieja odnośnie źródeł pisanych. Mianowicie chrześcijański skryba nie musiał specjalnie koloryzować wierzeń pogan ponieważ bez względu na to co napisał i tak uchodzili oni wśród jego współwyznawców za gorszy, błądzący gatunek. Żaden wszesnośredniowieczny duchowny nie uznałby wyznawcy Swarożyca za kogoś z kim można prowadzić dialog równych sobie nawet jeżeli ten drugi do swoich bogów modliłby się jedynie o urodzaj składając im w ofiarach tylko i wyłącznie niewinne płody rolne. Z licznych relacji oraz wykopalisk wiemy zaś, że na pogańskich stanowiskach interpretowanych jako miejsca kultowe często znajdowano kości zwierząt, sporadycznie zaś szczątki ludzkie.

Jednym z pierwszych kronikarzy, do których się odwołamy będzie arabski Ibn Rosteh, który zanotował zwyczaje związane z wieszaniem ludzi i zwierząt w kontekście rytuałów Rusów. Fragment który zacytuję znajduje się w Księdze drogocennych klejnotów spisanej na przełomie IX-X wieku: „Są u nich wywodzący się spomiędzy nich „lekarze”, którzy posiadają nad ich królem taką władzę, jak gdyby oni sami byli panami. Rozkazują im, aby składali w ofierze Stwórcy to, czego zażądają: kobiety, mężczyzn czy konie. Jeżeli ci „lekarze” coś przykażą, nie ma innego wyjścia, jak tylko spełnić ich rozkaz. Wtedy „lekarz” powiada: „oto ofiara dla Boga”. O ile elita ruska, odpowiedzialna za stworzenie Rusi pochodziła ze Skandynawii, Słowianie w początkowej fazie najprawdopodobniej stanowili jedynie ludność podległą. Wiemy jednak z historii, że Skandynawowie bardzo szybko asymilowali się z miejscową ludnością przyjmując wiele lokalnych zwyczajów, również religijnych. Nie inaczej było na Rusi, gdzie z biegiem X stulecia nawet imiona władców tracą skandynawskie brzmienie i są zastępowane przez słowiańskie odpowiedniki. Jeszcze w latach 40. X wieku większość przedstawicieli kijowskiego poselstwa do Konstantynopola miała imiona nordyckie. Pół wieku później odsetek słowiańsko brzmiących imion byłby zdecydowanie wyższy. Na tę relację powoływałem się również w trzynastym odcinku podcastu poświęconym zaświatom i zmarłym. Powyższy fragment o tzw. „lekarzach” mających olbrzymią władzę nad społecznością ruską może być dowodem na powstanie takiego skandynawsko-słowiańskiego amalgamatu. W samej Skandynawii bowiem nie spotykamy silnej warstwy kapłańskiej mogącej narzucać wolę jarlom. Praktyki magiczne w ramach tzw. magii seidr były wśród mieszkańców Skandynawii w ogóle domeną kobiet, nie zaś mężczyzn. Naturalnie za wyjątkiem szalonego boga Odyna, który mógł się parać seidrem.

Kolejną obszerną relację o ludzkich ofiarach składanych bogom na Rusi przytacza znana nam już Powieść minionych lat. Za panowania Włodzimierza Wielkiego, jeszcze przed przyjęciem przezeń chrztu miano jakoby co jakiś czas poświęcać bogom losowo wybrane jednostki. Jak czytamy: “I począł władać Włodzimierz w Kijowie sam jeden, i postawił bałwany na wzgórzu za dworem teremnym: Peruna drewnianego z głową srebrną i wąsem złotym, i Chorsa, Dadźboga i Strzyboga, i Simargła, i Mokosza. I składali im ofiary, nazywając ich bogami, i przywodzili syny swoje i córy na ofiarę biesom i plugawili ziemię ofiarami swymi. I spługawiła się krwią ziemia ruska i wzgórze to”. Po tym przyczynku do opisania praktyk religijnych Włodzimierza latopis opowiada nam dramatyczną historię wylosowanych ofiar: “I czynił [Włodzimierz] ofiary bałwanom z ludźmi swoimi. I rzekli starcy i bojarzy: „Rzućmy los na młodzieńca i dziewicę; na kogo padnie, tego zarżniemy bogom”. Był Wareg pewien, a dwór jego był, gdzie dziś cerkiew Świętej Bogarodzicy, którą zbudował [później] Włodzimierz. Wareg ten przyszedł z Greków i zachowywał wiarę chrześcijańską. A miał syna pięknego licem i duszą; na tego padł los przez zawiść diabelską. Nie cierpiał bowiem go diabeł, władzę mający nad wszystkimi, a ten był mu jak cierń w sercu, i starał się go zniszczyć przeklęty, i poduścił ludzi. I posłani do niego, przyszedłszy, rzekli: „Padł los na syna twojego, wybrali bowiem go bogowie sobie, chcemy więc złożyć ofiarę bogom”. I rzekł Wareg: „Nie są to bogowie, jeno drzewo; dziś jest, a jutro zgnije; nie jedzą bowiem, ani piją, ani mówią, lecz są zrobieni rękami z drzewa. A Bóg jest jedyny, jemu to służą Grecy i pokłon oddają; on stworzył niebo i ziemię, i gwiazdy, i księżyc, i słońce, i człowieka, i przeznaczył mu żyć na ziemi. A ci bogowie co zrobili? Sami zrobieni są. Nie dam syna swojego biesom”.

Oni zaś poszli i powiedzieli ludziom. Ci zaś, wziąwszy oręż, poszli nań i roznieśli jego dwór. On zaś stał na sieni z synem swoim. Rzekli do niego: „Wydaj syna swojego, abyśmy oddali go bogom”. On zaś rzekł: „Jeśli są bogowie, to niech poślą jednego boga spomiędzy siebie, i niech wezmą syna mojego. A wy czemu składacie ofiary im?” I krzyknąwszy, podrąbali sień [PRZl] pod nimi, i tak zabili ich. I nie wie nikt, gdzie pochowano ich. Byli bowiem wtedy ludzie ciemni i poganie. Diabeł radował się z tego, nie wiedząc, że tak rychło miała nastąpić zguba jego”.

Wareg o którym mowa był najprawdopodobniej przez jakiś czas najemnikiem w Konstantynopolu, chociaż jego przynależność do słynnej Gwardii Wareskiej wydaje się wątpliwa, gdyż została ona założona przez cesarza Bazylego po 988 roku na mocy postanowień układu z pogańskim jeszcze Włodzimierzem, który miał wspomóc cesarza Bizancjum kilkoma tysiącami swoich wojowników i przyjąć chrzest w zamian otrzymawszy rękę siostry Bazylego, księżniczki Anny. Jeżeli męczeństwo Waregów rzeczywiście miało miejsce za czasów gdy Włodzimierz był poganinem ów stary Rusin zabity razem ze swoim synem nie mógł należeć do legendarnej Gwardii, ale w żadnym wypadku nie wyklucza to jego służby u tzw. Greków jak określano często w źródłach Bizancjum.

Naturalnie chronologia wydarzenia może być niepewna a sama ofiara może być literackim zabiegiem mającym na celu wzburzyć późniejszych chrześcijańskich czytelników, nie jesteśmy tego dzisiaj w stanie anie w pełni wykluczyć ani stuprocentowo potwierdzić. Jest to jednak kolejna relacja zawierająca cenną informację o praktykach składania bogom Rusi ofiar z ludzi, sam proceder jest zaś bardzo podobny do tego opisanego przez wspomnianego wcześniej ibn Rosteha. Nawet jeżeli postaci chrześcijańskich męczenników były wymysłem literackim sam proceder mógł mieć jak najbardziej miejsce.

Rusowie Bizancjum podziwiali, czerpali zeń wzory, chętnie handlowali nad Złotym Rogiem, ale niejednokrotnie dawali się we znaki władcom znad Bosforu. Jeden z takich najazdów dokonany przez kniazia Światosława w 969 roku Grecy zdołali opatrzyć komentarzem historyka, który szczęśliwie dotrwał do naszych czasów. Leo Diakon pisze o krwawych obrzędach dokonywanych przez Słowian po jednej z bitew: “Kiedy zapadła noc i podczas pełni księżyca wyszli na równinę i dokładnie obejrzeli swoich zmarłych. Po zebraniu zwłok pod murem i rozpaleniu wielu ognisk, poddali je kremacji i nad nimi poderżnęli gardła większości więźniów, mężczyzn i kobiet, zgodnie ze zwyczajem ich ojczyzny. Jako ofiary dla zmarłych topili nieodsadzone od piersi niemowlęta i koguty na Istros, wrzucając je do szybko płynącej rzeki.” Pod nazwą Istros kronikarz miał na myśli Dunaj. Ofiary z ludzi składane podczas pogrzebu własnych martwych nie muszą się wydawać dziwne jeżeli przypomnimy o relacji Ibn Fadlana z 922 roku o pogrzebie wodza Rusów przytaczanej przeze mnie w odcinku 13 poświęconym zaświatom. Zmarłemu wodzowi poświęcono wówczas młodą niewolnicę, która odeszła razem z nim w zaświaty jako małżonka martwego mężczyzny.

Bliższy naszym rejonom merseburski biskup Thietmar donosił w swojej niezastąpionej kronice o poświęceniu w 986 roku chrześcijańskiego dowódcy jakiegoś anonimowego grodu zdobytego przez czeskiego księcia Bolesława II. Czesi byli sprzymierzeni z pogańskimi Lucicami przeciwko Mieszkowi, księciu Polan wspieranemu przez Sasów. Po bitwie książę wydał w ich ręce pokonanego przeciwnika. Jak donosi Thietmar “W drodze powrotnej oblegał gród zwany (…) i nie napotkawszy na opór ze strony załogi dostał go w swoje ręce wraz z jego dowódcą, którego wydał na śmierć Lucicom. Ci złożyli bezzwłocznie ofiarę z niego swoim bogom opiekuńczym pod miastem po czym uchwalili powrócić do domu”. Nie dowiadujemy się niestety o jaki gród chodziło, ale nie jest to szczegół o dużej istotności. Wartym odnotowania faktem jest przymierze chrześcijańskiego od pokoleń władcy Czech z pogańskimi plemionami Luciców, zwanych często także Wieletami. Ofiara z dowódcy grodu nosiła znamiona daru złożonego bogom celem ubłagania bezpiecznego powrotu do domu. Wojownicy Luciców byli prawdopodobnie wiele dni drogi od swoich siedzib a wracając mogli zawsze natknąć się na jakiś zbłąkany oddział wojów Mieszka.

Podobna sytuacja miała miejsce kilkanaście lat później gdy arcychrześcijański cesarz Henryk II sprzymierzył się z tymi samymi Lucicami przeciwko synowi Mieszka Bolesławowi Chrobremu. W 1005 roku miała miejsce jedna z licznych kampanii Henryka w jego wieloletniej serii zmagań z nieugiętym polskim księciem. O szczegółach działań zbrojnych wiemy również z kroniki merseburskiego duchownego, który nie szczędził słów krytyki władcy sprzymierzającemu się z okrytymi złą sławą poganami. Thietmar pozwolił sobie na szersze opisanie Luciców oraz działania ich związku i charakterystykę religii. Związek Wielecki, którego członkowie byli przez chrześcijan jak już wspomniałem zwani Lucicami z racji swego agresywnego i nieustępliwego charakteru składał się z kilku plemion spośród których najważniejsi byli Redarowie. Jak donosi Thietmar: “Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nietknięta i jako świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia, od strony wschodniej, jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń – jak można zauważyć, patrząc z bliska – w przedziwny rzeźbione sposób; wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką, w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy pośród nich nazywa się Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary, których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną, i wówczas niosą je piesi wojownicy”. (…) Ile okręgów w tym kraju, tyle znajduje się świątyń i tyleż wizerunków bożków doznaje czci od niewiernych, między nimi jednak wspomniany wyżej gród posiada pierwszeństwo. Gdy na wojnę ruszają zawsze go pozdrawiają; gdy szczęśliwie z niej powracają, czczą go należnymi darami (…). Niemy gniew bogów łagodzą ofiary z ludzi i z bydła.

Thietmar sugeruje, że w Radogoszczy obok zwierząt ofiarami bywali również ludzie. Nie wspomina tutaj o ich wyznaniu ani statusie społecznym, można domyślać się, że bywali nimi jeńcy pojmani w licznych w tamtych czasach wojnach, tak chrześcijańscy jak pogańscy. O sojuszu z pogańskimi Lucicami podczas niemiecko-polskiej wojny toczonej przez Henryka II z Bolesławem Chrobrym nieprzychylnie wypoiwadał się nie tylko Thietmar. W 1008 roku duchowny Bruno z Kwerfurtu skrytykował postawę cesarza w prywatnym liście do niego: “Jakim czołem schodzą się święta włócznia i chorągwie diabelskie, tych którzy poją się krwią ludzką? Czy nie uważasz tego za grzech, gdy chrześcijanina (…) zabija się na ofiarę pod chorągwią demona?”.

Bruno był ciekawą postacią, krewny Thietmara, urodzony i wychowany w Rzeszy Niemieckiej w dorosłym życiu został biskupem misyjnym działającym wśród Węgrów, naddnieprzańskich Pieczyngów oraz finalnie Prusów, pośród których podążając śladami podziwianego Wojciecha-Adalberta odnalazł upragnione męczeństwo. Bruno zaprzyjaźnił się z Bolesławem Chrobrym i często występował publicznie w obronie polskiego księcia podczas jego licznych zatargów z cesarzem Henrykiem, a list z 1008 roku adresowany do tego ostatniego jest jednym z najlepszych tego dowodów. Bruno otwarcie wspomina o niestosowności sojuszu chrześcijańskiego władcy z ludźmi, którzy nie tylko maszerują pod pogańskimi sztandarami, ale wręcz składają pod nimi ofiary z chrześcijan. Jego list potwierdzały wcześniejsze relacje Thietmara.

Przyznam szczerze, że czytając o tej postaci byłbym w stanie wyobrazić go sobie jako bohatera dobrego dramatu historycznego, człowieka zawieszonego pomiędzy dwoma walczącymi państwami i narodami oraz dwoma równie zantagonizowanymi systemami wierzeń. Gdyby dodać do tego jego liczne podróże po ówczesnej Europie oraz gwałtowną śmierć mogłaby z tego wyjść ciekawa panorama tamtych czasów. Naturalnie mam nadzieję, że nie byłaby to produkcja o charakterze i jakości niesławnej Korony Królów. Wczesne średniowiecze i narodziny Polski to fascynujący okres pełen tajemnic, intryg, wojen, głębokich zmian i okrucieństwa, nie wiem dlaczego jest tak ignorowany w polskiej kinematografii, w której zawsze panowała jakaś szczególna moda na wiek XVII. Skromniej na ekranie prezentuje się już chyba tylko wiek XVIII.

Wróćmy jednak do głównego tematu. Wzmianki o mordach w Radogoszczy na poprzednich relacjach się nie kończą. W latach 50. XI wieku jak donosi niemiecki kronikarz Adam z Bremy w świętym miejscu Luciców pojawiło się rzekomo dwóch anonimowych czeskich mnichów najprawdopodobniej aktywnie poszukujących męczeństwa. Po dostaniu się do grodu rozpoczęli otwarcie nauczać swoją religię co wzbudziło błyskawiczną reakcję miejscowych. Mnichów uwięziono, a lokalny wiec zdecydował o ich uśmierceniu poprzez dekapitację. Nie ma informacji czy głowy poświęcono Swarożycowi, Adam podsumowuje jedynie, że gwałtowny koniec dwóch nieszczęśników przysporzył chwały Chrystusowi a oni sami znaleźli to czego szukali. Kronikarz przyznaje, że nie zna ich imion więc ta relacja może być równie dobrze swego rodzaju średniowieczną miejską legendą.

Żadnych zastrzeżeń nie możemy mieć do relacji o śmierci pochodzącego z wysp brytyjskich biskupa Jana zwanego Szkotem, 11 listopada 1066 roku do jakiej doszło w Radogoszczy. W lecie tego samego roku Połabie zawrzało po skrytobójczym zamachu na życie sprzyjającego chrześcijanom księcia Obodrytów Gotszalka. Władca ów przez całe życie był gorliwym chrześcijaninem, nie docenił jednak faktu, że jego w zdecydowanej większości pogańscy poddani nie chcą przyjmować Chrystusa, którego zwali niemieckim bogiem. Po zamordowaniu Gotszalka rozpoczęły się walki o władzę w regionie a stronnictwo pogańskie rozpoczęło powstanie wycelowane w wyrugowanie wszelkich śladów obecności niemieckiej i chrześcijańskiej w kraju Obodrytów. Miejscowego biskupa Jana pojmano i przekazano Redarom, ci zaś zgotowali mu pożałowania godny los, który opisuje Helmold z Bozowa: “Biskup Jan starzec, porwany z innymi chrześcijanami w Magnopolisie, to jest w Mekelenburgu, zachowany został przy życiu dla tryumfu. Ten więc za wyznawanie Chrystusa naprzód kijami zbity, potem oprowadzany był po różnych miastach słowiańskich na urągowisko, a gdy do wyrzeczenia się imienia Chrystusa przyprowadzonym być nie mógł, ciało jego z obciętymi rękoma i nogami zostało na ulicę wyrzucone, głowę zaś barbarzyńcy włócznią przebiwszy, bogu swemu Radygostowi na znak zwycięstwa poświęcili. To się działo w stolicy sławiańskiej, w Retrze”. Wspomniany bóg Radogost był pseudonimem znanego nam już Swarożyca wspomnianego przez Thietmara i Brunona z Kwerfurtu.

Ten mord rozkręcił jedynie spiralę przemocy, która targała Połabie przez setki lat, które musiały upłynąć zanim Cesarstwo wreszcie opanowało ziemie Słowian. Dla samej świątyni była to cisza przed nagłą burzą, jaka spadła na przybytek Redarów dwa lata później. Obiekt kultu leżący wewnątrz ich kraju, z dala od linii frontu został w 1068 roku znienacka napadnięty przez najprawdopodobniej niewielki lecz doborowy oddział Sasów. Świątynię spalono a biskup Burchard z Halberstadt odjechał na grzbiecie konia Swarożyca co było niewybaczalnym świętokradztwem i pokazem triumfu, gdyż konie poświęcone bogom nie mogły być dosiadane przez śmiertelników.

O kolejnych krwawych ofiarach, szczególnie z chrześcijan wspomina arcybiskup Magdeburga Adelgot w swoim liście z 1108 roku skierowanym do książąt i duchowieństwa Rzeszy Niemieckiej, Flandrii oraz Francji prosząc o udział w nowej krucjacie przeciwko pogańskim plemionom Luciców i Obodrytów. List był następstwem wieloletnich wojen o podłożu religijnym wywołanych po wspomnianym wcześniej morderstwie chrześcijańskiego księcia Obodrytów Gotszalka w 1066 roku.

“Okrutni poganie, ludzie którzy nie znają litości, a w swej złośliwości dumni ze swej perwersji zbuntowali się przeciwko nam i odnieśli zwycięstwo. Sprofanowali kościoły Chrystusa swoim bałwochwalstwem, zdemolowali ołtarze (…) i traktują nas z wielkim okrucieństwem. Często dziko atakują nasze ziemie i nie oszczędzając nikogo grabią, mordują, niszczą i zadają wyszukane cierpienia. Obcinają głowy niektórym i ofiarują je swoim demonom”. dalej następuje długa litania wyszukanych tortur i prześladowań jakie pogańscy Wieleci zadają nieszczęsnym chrześcijanom, wśród nich obdzieranie ze skóry żywcem, wyrywanie wnętrzności ciągle żywych ludzi i tym podobne, generalnie są to typowe zbrodnie wojenne nie mające charakteru rytualnego, poza wspomnianym fragmentem o ofiarowaniu głów obciętych wrogom demonom. Adelgot dalej wspomina o tym zwyczaju: “Fanatycy pogańscy, ilekroć im się spodoba wypocząć od biesiad, mówią, że surowy w słowach Pripegala żąda głów, że tego rodzaju należy złożyć ofiary. Pripegala – jak mówią – to Priap i bezwstydny Beelfegor. Potem ściąwszy chrześcijanom głowy przed ołtarzami sprofanowanymi, trzymają w rękach kielichy pełne ludzkiej krwi i wyjąc strasznym głosem wołają: Święćmy dzień radosny, pokonany został Chrystus, zwyciężył niezwyciężony Pripegala!”. Relacja Adelgota jest jedyną, w której spotykamy tajemnicze bóstwo o dziwnym imieniu Pripegala. Nad odszyfrowaniem tego teonimu głowiło się wielu badaczy uciekających się nawet do odczytywania go dosłownie jako jakiegoś tajemniczego Przypiekała bądź tłumacząc go jako zniekształconą przez kronikarza wersję Trzygłowa. Najsensowniejsza wydaje się interpretacja wysuwana przez Stanisław Rosika widząca w nim Swarożyca, rytuał ofiarowania mu głów pokonanych wrogów współgrałby z poprzednimi relacjami adresującymi tego typu dary temu właśnie bóstwu solarnemu.

Po upadku Radogoszczy zdobytej przez Sasów w 1068 roku centrum pogańskiego oporu przeniosło się na północ, do Arkony leżącej na jednym z przylądków wyspy Rugii. To Arkona stanie się symbolem ostatnich niezależnych pogan, stawiając opór naciskom Niemieckiego Boga oraz jego wyznawców, którzy pod postaciami władców Danii, Niemiec i Polski stopniowo zaciskali pętlę wokół szyi Świętowita czczonego w tym mieście. Arkona upadnie dokładnie sto lat po Radogoszczy w czerwcu 1168 roku, ale jak donoszą kronikarze zanim do tego doszło niejeden chrześcijanin miał tam stracić głowę dla potężnego bóstwa.

Proboszcz z Bozowa, Helmold w swej Kronice Słowian informuje nas, że: “Król u nich w porównaniu z kapłanem mało znaczy ten bowiem bada odpowiedzi i wypadek losów. Kapłan zależy od skinienia losów, król zaś i lud od jego woli. Pomiędzy różnymi ofiarami kapłan zwykł czasem chrześcijanina na ofiarę przynosić wmawiając w lud, że Bogowie szczególnie lubią krew tego rodzaju. Zdarzyło się przed kilku laty, że się tam zebrała nader wielka liczba kupców dla rybołówstwa. W październiku bowiem gdy wiatr wieje gwałtowniej wiele się tam śledzi poławia i wtedy kupcy mają wolny przystęp, byleby przedtem Bogu tej ziemi zapłacili dań mu należną. Był tam wtedy przypadkiem jaki Gotszalk sługa Boży z Bardowichu zaproszony po to żeby przy takim napływie ludności służbę Bożą odprawiał. To się długo nie ukryło przed tym barbarzyńskim kapłanem, który zwoławszy króla i naród objawił im że bogi silnie są zagniewane i że gniew ich nie inaczej złagodzony być może jak krwią kapłana, który śmiał pośród nich obce obrzędy religijne odprawiać. Wtedy lud barbarzyński przelękniony zwołuje tłum kupców i prosił by mu wydali kapłana, a to dla przyniesienia Bogu błagalnej ofiary. Gdy chrześcijanie się wzbraniali lud ofiarował im sto marek w denarze. Lecz gdy nic nie wskórali zaczęli próbować przemocy i na dzień następny objawili wojnę. Wtedy kupcy naładowawszy już swoje okręty połowem owej nocy puścili się w drogę i poruszywszy żagle przyjaznym wiatrom siebie i kapłana od straszliwych niebezpieczeństw uchronili”.

Historia kapłana, któremu udało się w ostatniej chwili uniknąć okrutnej śmierci może być prawdziwa. Co prawda można posądzać kronikarzy o stronniczość gdyż prawie wszystkie relacje mówią tylko i wyłącznie o ofiarach z chrześcijan. Czy to propaganda? Przesadna histeria? Nie sądzę.

W społeczeństwach indoeuropejskich ofiary z ludzi nie były nigdy czymś stosowanym na porządku dziennym, składano je bogom w chwilach wyjątkowych jak wojny, głód, zaraza bądź przebłaganie świętokradztwa. Wielu zamordowanych misjonarzy bądź duchownych uważano właśnie za osoby popełniające zbrodnie świętokradztwa, bo jak inaczej określić człowieka, który staje w świętym gaju Twoich ojców i zaczyna machać siekierą niebezpiecznie blisko najszlachetniejszego dębu? Wysoki współczynnik występowania misjonarzy i duchownych w wyżej wymienionych historiach nie jest niczym niezwykłym. Kolejną cechą predestynującą ich do bycia ofiarami była ich obcość, pochodzenie spoza nawiasu tradycyjnego społeczeństwa. Zabicie członka swojego plemienia mogło nieść zemstę jego rodziny, było mordem który błyskawicznie mógł uruchomić odwet. A taki należało przecież pomścić, i tak bez końca. Natomiast zabicie niewolnika, misjonarza czy jeńca wojennego nie rodziło takich dylematów. Dlatego wspomniana przeze mnie wcześniej relacja o wylosowaniu syna kijowskiego Warega-chrześcijanina może zawierać ziarno prawdy, człowiek ten prawdopodobnie był w stolicy państwa Włodzimierza obcym pozbawionym silnych relacji i koneksji. Do tego jako wyznawca obcej religii, która z założenia podważała wiarygodność obowiązującego kultu mógł być potraktowany podobnie jak wspomniani misjonarze.

Kamil Kajkowski w swojej książce Mity, kult i rytuał zwracał również uwagę na potencjalny charakter rytualny towarzyszący zabójstwom innych misjonarzy, których normalnie nikt nie traktowałby jako ofiary kultu. Św. Wojciech został co prawda zabity pchnięciem włóczni, ale już po śmierci obcięto mu dodatkowo głowę toporem. Ciało Wojciecha poćwiartowano podobnie jak miało to miejsce w późniejszym o kilkadziesiąt lat przypadku biskupa Jana zamordowanego w Radogoszczy, głowę zaś zatknięto na drzewie obdarzonym przez lokalną ludność czcią.

Wspomniany przeze mnie wcześniej Bruno z Kwerfurtu również zginął w kraju Prusów i chociaż relacje co do przebiegu oraz łącznej sumy ofiar zdarzenia różnią się w szczegółach to we wszystkich Bruno zostaje pozbawiony głowy. W taki sam sposób według cytowanych przeze mnie źródeł poświęcano ludzi w Radogoszczy i Arkonie. Warto wspomnieć o św. Ottonie z Bambergu, który ponad sto lat później w podobnych warunkach omal nie został zabity w ofierze Trzygłowowi w Szczecinie.

Najprawdopodobniej poganie przez większą część koegzystencji z chrześcijanami nie odczuwali jakiejś zbrodniczej skłonności do składania ich w ofierze swoim bogom. Jedynie podczas licznych i wyjątkowo brutalnych wojen na Połabiu relacje między przedstawicielami obu wyznań stały się tak napięte, że wzajemne zbrodnie i okrucieństwa nie były niczym wyjątkowym. Bardzo obrazowo przedstawił to niemiecki kronikarz Wipo w swoim dziele Czyny cesarza Konrada II opisującym jego kampanię przeciwko Lucicom w 1034 roku. Według Wipona Lucice w trakcie jednego rajdu dostali w swoje ręce drewniany krzyż z podobizną Chrystusa, który następnie sprofanowali plując nań, wydłubując mu drewniane oczy oraz rąbiąc kończyny. Cesarz Konrad nie pozostał im dłużny i za to świętokradztwo nakazał traktować w podobny sposób pojmanych Słowian. Kolejne dni upłynęły pod znakiem mordowania lucickich jeńców pozbawionych wcześniej oczu, dłoni oraz stóp.

Mając za sobą dość liczne przykłady zaczerpnięte ze źródeł pisanych wypadałoby przejść w kierunku tzw. “świadectwa łopaty” czyli efektów wykopalisk. Tutaj niestety sytuacja wygląda niejednoznacznie. Jak wiemy znaleziska miejsc kultu są w przypadku Słowian sporadyczne a często wręcz dyskusyjne. Niektórzy badacze posuwali się wręcz do zaprzeczania istnienia słowiańskich świątyń poza Połabiem i Pomorzem, a te ostatnie traktowali jako inspirowane chrześcijańskimi miejscami kultu. Z biegiem lat te teorie zostały obalone, wiemy że na Połabiu występowały miejsca kultu takie jak choćby świątynia z Gross Raden istniejące w okresie, gdy wpływy chrześcijańskie w regionie nie były jeszcze silne. Poza tym już Tacyt wspomina o germańskich świątyniach jakie napotykali podczas swych kampanii w mrocznych borach rozległej Germanii rzymscy legioniści. Skoro Germanin w I stuleciu n.e. był w stanie postawić miejsce kultu bogom bez czerpania inspiracji z wyższego cywilizacyjnie Rzymu to dlaczego tego samego odmawia się siedzącemu na jego miejscu Słowianinowi z VIII czy IX wieku? To chyba temat na inny odcinek.

Wróćmy jednak do archeologicznych dowodów na rytualne mordy ludzi. Na Połabiu z całą pewnością znaleziono ślady takiej działalności w miejscowości Ralswiek, gdzie już w drugiej połowie VIII wieku funkcjonowało miejsce kultu opisywane szerzej przez Leszka Pawła Słupeckiego w jego wydanej w połowie lat 90. książce Slavonic pagan sanctuaries. W Ralswiek na Rugii znaleziono pozostałości czegoś co autor nazwał plażą rytualną, gdyż nad zbiornikiem wodnym wbito pal, być może posąg bóstwa wokół którego archeolodzy odkryli kości zwierząt oraz ludzi. Wszystkie zwłoki nosiły ślady gwałtownej śmierci oraz cięcia sugerujące ich rozczłonkowanie. Opis może mrozić krew w żyłach, ale jeżeli uzmysłowimy sobie, że kilkaset kilometrów na południowy zachód, w Herxheim w 1996 roku archeolodzy natrafili na pochodzące sprzed około 7000 lat pozostałości czegoś co badacze określają jako miejsce regularnych, rytualnych uczt kanibali zawierające kości co najmniej 500 ludzkich ofiar we wszystkich przedziałach wiekowych przemieszanych z resztkami zwierząt i ceramiki to Ralswiek jest przy tym bajką. Dodam od siebie, że w przypadku Herxheim zbadano tylko połowę lokacji, ostateczną liczbę ofiar szacuje się na 1000.

Ludzkie szczątki znaleziono w rowie otaczającym niegdysiejszą świątynię słowiańską w Arkonie, ostatni bastion pogaństwa na Rugii. To znalezisko budzi jednak spore kontrowersje i może być również pozostałością niepogrzebanych wojowników lub innych ofiar wojennych.

Kamil Kajkowski wyliczył jeszcze kilka miejsc interpretowanych jako pozostałości kultowych ofiar z ludzi, w tym tzw. “Kowalową Górę” w wielkopolskiej miejscowości Zbęchy oraz niedalekim Kąsinowie.

Problem z wykopaliskami leży w trudności interpretacji okoliczności towarzyszących zgonom odnajdowanych zwłok. Wczesnośredniowieczne cmentarze a raczej ich obrzeża pełne są tzw. pochówków atypowych, tj. ludzi z odciętą głową położoną między nogami, zwłok noszących wyraźne ślady skrępowania przed śmiercią bądź bardzo gwałtownego zgonu. Niestety mogą to być lokalni przestępcy, ofiary działań wojennych lub osoby potraktowane w ten sposób z lęku przed odrodzeniem się pod postacią upiorów czy innych wąpierzy. Część z nich mogła być złożona w ofierze, ale udowodnienie tego jest praktycznie niemożliwe. Stąd najwięcej dowodów na takie praktyki wśród Słowian przynoszą nam źródła pisane.

Na tle innych ludów indoeuropejskich Słowianie nie wypadają jako specjalnie okrutni. O mordach rytualnych informował nas już Homer w Iliadzie, gdzie Agamemnon złożył bogom ofiarę z własnej córki Ifigenii, a pośmiertne igrzyska ku czci Achillesa uświetniło zabicie dwunastu Trojańskich młodzieńców. Tacyt skrupulatnie notował okrutne zwyczaje Germanów topiących niewolników w jeziorze ku czci bogini Nerthus, sami zaś legioniści Warrusa zostali przecież zabici w krwawych ofiarach po przegranej bitwie w Lesie Teutoburskim. Rzymianie nie byli wcale lepsi i w sytuacjach kryzysowych także uciekali się do ofiar z ludzi, grzebiąc żywcem dwie pary niewolników – grecką oraz celtycką po katastrofalnej klęsce z Hannibalem pod Kannami. Rytuał powtórzono sto lat później gdy nad Wiecznym Miastem majaczyło widmo nadciągających armii germańskich Cymbrów i Teutonów. Rzymskie relacje mówią również o popularności tego krwawego procederu wśród celtyckich druidów. We wczesnym średniowieczu ludzkie ofiary składali Skandynawowie, topiąc poświęconych bogom ludzi w świątyni w Uppsali. Dla uzyskania przychylności Thora przed niebezpiecznymi wyprawami żagle długich łodzi barwiono rzekomo krwią poświęconego w tym celu niewolnika. Długo by wymieniać, Słowianie ani tu nie błyszczeli ani nie stali z tyłu.

W przygotowaniu odcinka szczególnie pomocne były następujące książki:

Mity, kult i rytuał. O duchowości Nadbałtyckich Słowian – Kamil Kajkowski

Bogowie dawnych Słowian – Michał Łuczyński

Slavonic pagan sanctuaries – Leszek Paweł Słupecki

Sources of Slavic Pre-Christian Religion – praca zbiorowa pod redakcją Juana Antonio Álvareza-Pedrosy. Pozwolę sobie tutaj na krótką dygresję, gdyż jest to absolutnie fantastyczna pozycja wydana w Hiszpanii jesienią 2020 roku. Książka zawiera ponad 120 znanych fragmentów źródeł tekstowych z okresu średniowiecza od V do XV wieku zawierających jakiekolwiek odniesienia do przedchrześcijańskich wierzeń Słowian wschodnich, zachodnich i południowych. W zasadzie jest to jedyna znana mi publikacja zawierająca wszystkie teksty źródłowe w oryginałach, ich tłumaczenia na angielski oraz komentarze ekspertów do każdego źródła wraz z informacjami o kronikarzu czy kontekście opisywanych zdarzeń. W beczce miodu nie zabrakło łyżki dziegciu, ta wysokiej jakości publikacja naukowa kosztuje około 1000 złotych. Na szczęście można kupować tylko konkretne rozdziały, gdyż publikację podzielono na języki, którymi posługiwali się kronikarze – grecki, łaciński, starocerkiewnosłowiański wschodni oraz zachodni, czeski, arabski oraz islandzki. Polecam i nie, to nie jest audycja sponsorowana. Sam kupiłem trzy rozdziały. Pozostałe potrzebne mi źródła mam w polskojęzycznych publikacjach.

W audycji wykorzystano cytaty z kronik Thietmara z Merseburga, Helmolda z Bozowa, Leona Diakona, Wipona, Nestora, ibn Rosteha, Adelgota oraz fragment listu Brunona z Kwerfurtu.

24 odcinków